XVI - Bo się zmęczysz 2010-01-23 13:12:50
Wire? Have you checked the… OK, OK. No, I don’t think
we have wire. You sure you don’t want electrical wire? – obsługa B&Q
Ku
bezbrzeżnej uldze miejscowych, Wyspy przetrwały śnieg, mróz i odwilż. Upiekło
się cwaniakom nawet bez standardowego lodowiska na etapie „w dzień śnieg
topnieje, w nocy breja zamarza”. Życie wróciło do rutyny, sklepy ruszyły.
Toteż
ja, znudzona trochę bezbarwnością mojego pokoju, postanowiłam pobawić się w dekoratorkę
i w tym celu udałam się z kumplem (domyślnie tragarzem) do B&Q,
odpowiednika Castoramy czy Obi. Mekka amatorów DIY, przeznaczenie ogrodników i
fanów remontów. Potrzebowałam, mianowicie, drutu.
Jak
już cytat wstępny spoileruje, wycieczka była bardziej niż daremna. Jeden pan z
obsługi był święcie przekonany, że faktycznie sklep oferuje taki towar,
skutkiem czego błądziliśmy przez piętnaście minut po dziale ogrodniczym.
Większość obsługi rozkładała bezradnie ręce i odprowadzała nas wzrokiem, w
którym podejrzliwość mieszała się z nieufnością. Inna pani zasugerowała, żebym
sobie kupiła trzy stopy kabla i po prostu zdjęła izolację.
Ta
pani, jak mi teraz przychodzi na myśl, miała bardzo niecodzienne – jak na
Anglię – podejście do sprawy. Tutaj surowce nie cieszą się popularnością.
Wszystko jest już przygotowane, oprawione, zapakowane i tylko czeka na
podgrzanie, ustawienie czy wyjęcie z pudełka. Prosty przykład – warzywa. Główka
brokułu – 98 pensów. Przygotowane
różyczki z brokułu (ilościowo wychodzi mniej więcej to samo) – Funt i 28
pensów. Albo jeszcze ciekawiej, owoce. Luzem to dostępne są praktycznie tylko
jabłka i gruszki. Największą popularnością cieszą się takie mikre opakowanka z
dwoma paskami ananasa, dwiema kostkami jabłka i powiedzmy winogronem. Kosztują
tyle, ile pół kilo jabłek. Ale ludzie to biorą, bo wystarczy rozedrzeć folię –
i ta dam, mamy zalecaną w BBC porcję błonnika.
Inną
sprawą są mrożonki. Zanim tu przyjechałam, byłam święcie przekonana, że pod
względem mrożonek Wyspy biją Polskę na głowę – w tym punkcie się nie pomyliłam.
Natomiast błędnie zdawało mi się, że dotyczy to również mieszanek warzywnych
(którymi się żywiłam w kraju przez całe lato). Mrożone warzywa można tu znaleźć
tylko pod następującymi postaciami: brokuły, marchewka, groszek i jakaś
obrzydliwa chińska mieszanka. Tyle, dziękuję. Gdzie im tam do hortexowych
warzyw na patelnię!
Dobra,
ale znowu się wpędzam w dygresję.
Jeżeli
zaś chodzi o gotowe dania – to Anglia króluje. Pizze, curry, lasagne, masale,
mięsa, zapiekanki – wszystko. I ja się naprawdę nie dziwię, że ci ludzie wolą
kupić gotowe danie za półtora funta, wsadzić to-to do mikrofali, odczekać pięć
minut i zjeść, niż stać nad garami. To przecież takie skomplikowane i
czasochłonne, a wcale nie tańsze. Pamiętam, ile się naszukałam mąki – po co
komu mąka, skoro nikt niczego nie piecze, a sos beszamelowy jest dostępny w
wielkich słojach. Sos beszamelowy! Każdy potrafi zrobić sos beszamelowy!
I
tak tu sobie żyją. Od pudełka do torebki, od mikrofali do chińskich zupek.
Widziałam dzisiaj w lodówce poszatkowaną cebulę w folii – nawet nie pytam, ile
była droższa od normalnej. No, ale wychodzi na plus – przecież właścicielka już
na pewno nie zatnie się nożem przy krojeniu!
Tagi: tubylcy
skomentuj (0)
|